Zaginął Działkowiec. Potrzebna pomoc!

Poszukujesz w Ostrołęce usług? sklepu? informacji? firmy? Pisz tutaj!
Tycu
szeregowy
Posty: 1
Rejestracja: 17 maja 2019, 12:15

Zaginął Działkowiec. Potrzebna pomoc!

Post autor: Tycu » 17 maja 2019, 12:21

W Polsce odkąd pamiętam rodzice mieli działkę. Gdy tylko przyjechałem do UK i znalazłem pracę, to się wystarałem o swoją własną działeczkę. Jak każda działka w Londynie i moja ma 120 metrów kwadratowych. To dużo mniej niż działki w Polsce. Nie ma też na niej żadnych domków, płotków czy ogrodzeń. Jest po prostu ścieżka między działkami i każdy wie gdzie się zaczyna działka sąsiada, a kończy jego. Uprawiamy sobie na niej warzywa i owoce z żoną od ponad 10 lat.

Siedem lat temu nasz sąsiad z działki obok umarł (ze starości). Kilka ostatnich lat nie dawał już rady i często musieliśmy ogarnąć też jego działkę, bo zarastało mu trochę chwastami.To był bardzo spoko facet. Nazywał się Robert. Wg procedury, jego działka została przydzielona kolejnej osobie z kolejki oczekujących. Nie wiem czy wiecie, ale w Londynie czas oczekiwania na działkę to nawet 5 lat. W każdym razie działkę po Robercie dostał jakiś nowy gość. I to o nim jest ta historia.

W pierwszym roku nasz nowy sąsiad posiał na całej swojej działce żyto. Nawet nie zostawił ścieżki. Po prostu pewnego dnia przyszliśmy z żoną i patrzymy, a u sąsiada cała działka zaorana. Po kilku tygodniach wyrosło żyto. Potem na działce zaczął pojawiać się sam sąsiad. Robił to regularnie raz na tydzień. Stawał na granicy między naszymi działkami i gładził żyto ręka w gumowej rękawiczce. Za każdym razem był ubrany w wojskową maskę gazową, zieloną przeciwdeszczową pelerynę i czarne gumiaki. I tak co tydzień - zawsze o tej samej porze w weekend. Pewnego dnia przyszedłem i żyto było skoszone. Nie wiem co się stało ze słomą, ale na środku działki był zbudowany ogromny karmnik a w nim wysypane całe ziarno. Ptaki miały wyżerkę przez kilka ładnych tygodni. Sąsiad dalej przychodził w swoim stroju i wciąż do nikogo się nie odzywał nawet słowem. Stał przez 52 sekundy (wiem, bo zmierzyłem) na skraju działki i udawał że gładzi żyto, którego już tam nie było. I tak przez całe lato aż do końca października. Nieważne że żyto już było dawno skoszone i ziarno wyjedzone przez ptaki - on wciąż przychodził co tydzień i je ‘głaskał’ w swojej gumowej rękawiczce.

W UK jest sporo ekscentryków, więc przez pierwszy rok wszyscy (z innymi działkowcami) myśleliśmy, że po prostu robi sobie jaja. Może nie chciało mu się nic sadzić? Albo nie miał czasu, więc posiał żyto i już. Po prostu postanowiliśmy to przeczekać i liczyliśmy że w następnym roku się ogarnie i wytłumaczy, o co w tym chodziło. Przyznam szczerze, że chciałem do niego podejść kilka razy i zagadać, ale on na serio wpadał na działkę raz na tydzień na dosłownie minutę. Zmierzyłem to dokładnie. Zawsze zostawał na idealnie 52 sekundy. W pewnym sensie fascynował nas wszystkich. Wiem, że inni działkowcy myśleli podobnie. Większość z nich to ludzie już na emeryturze, bardzo angielscy, więc też nie pytali go o nic. Nie łamał żadnych zasad, więc również szef stowarzyszenia działkowców nie miał zbytnio powodu, żeby mu przeszkadzać. Działka była uprawiana, czynsz zapłacony, a każdy ma prawo uprawiać co chce jeżeli rośliny nie rzucają cienia na działkę sąsiada. W jego przypadku nie rzucały, więc przez pierwszy rok wszyscy po prostu się przyglądaliśmy jego dziwactwom.

Przyszedł następny rok. Przez cały marzec i kwiecień nikt kolesia nie widział. Nagle w połowie maja na działce pojawiła się trawa. Nie taka do jarania, tylko taka jak na boisku piłkarskim. Gość musiał to zrobić pod osłoną nocy. Byłem na działce całą sobotę i nic się u niego nie działo. Przyszedłem w niedziele i cała działka była wyłożona równiuteńko trawą. Wyglądało to jakby zrobił to profesjonalista. W rogu pojawił się stołek barowy, a na samym środku działki wbita głową w ziemię lalka Barbie. Obczajacie taki temat? Zaczęliśmy się z żona obawiać, że to po prostu jakiś psychol. Chodziliśmy z sąsiadami i oglądaliśmy to z każdej strony. Oho - znowu się zaczyna - podsumował jeden z sąsiadów. Miał rację. Zaczęło się. Od następnego poniedziałku na działkę codziennie o 10:00 przychodził czarny chłopak z bransoletką z napisem że jest głuchoniemy. Jak chcieliśmy z nim pogadać, to zawsze wskazywał na bransoletkę i tyle. O 10:00 odpalał wodę i przez dwie godziny podlewał trawę. I tak codziennie do końca października. Raz na tydzień oprócz tego kosił trawę. To było w weekendy. Wtedy też zawsze pojawiał się właściciel działki. Siadał na stołku w rogu, oczywiście w swojej masce gazowej, przeciwdeszczowej pelerynie i gumiakach. Głuchoniemy kosił, a ten siedział tam i patrzył w niego jak w obrazek. Trwało to zawsze około 40 minut. Kiedy głuchoniemy skończył, właściciel po prostu wstawał i wychodził. Oczywiście nigdy nie zagadał do żadnego innego działkowca.

Tak nam minął drugi rok. Wg mnie wtedy powinniśmy zareagować i po prostu pogadać z nim. Trawa to niby jest uprawa, ale bez przesady - kto to słyszał żeby całą działkę wyłożyć trawa? I do tego ta Barbie wbita głową w ziemię. Trochę zaczęło nam to śmierdzieć, ale wciąż siedzieliśmy cicho. Chyba po prostu koleś wszystkich fascynował i każdy chciał zobaczyć, co będzie dalej, co on jeszcze wymyśli. Nigdy nic nie mówił, od nikogo nic nie chciał etc. Sam wielokrotnie łapałem się na tym, że było mi głupio po prostu gapić się na niego, jak się pojawiał w tej swojej masce i pelerynie. Z drugiej strony przestaliśmy się go bać. Oswoiliśmy się z jego ekscentryzmem. Ludzie przychodzili i po prostu robili sobie zdjęcia z jego działką jak jego nie było.

Na wiosnę trzeciego roku już się wszyscy spodziewaliśmy, że koleś coś odwali. W sumie nawet na to czekaliśmy. Nie zawiedliśmy się. Od marca na działce zaczęły się dziać rzeczy przedziwne. Pewnego dnia przychodzę i patrzę a jego działka jest podzielona na cztery części, każda oznaczona małymi tabliczkami: A, B, C i D. Po prostu ktoś powbijał kołki i przeciągnął sznurki wzdłuż i wszerz przez środek żeby wyznaczyć cztery równe części. W części A ktoś posadził drzewo - małą ogrodową jabłonkę jakich pełno w każdym sklepie ogrodniczym. Nawet nie odkleił ceny - pamiętam jak dziś. To było £49.99. Na jednej gałęzi jabłonki przybili gwoździem starą słuchawkę od telefonu - taką ciężką, czarną jak z lat 60-tych. Potem w każdy poniedziałek o 9 rano pojawiało się czterech polskich robotników i zaczynali kopać aż do piątku. Przez pierwszy tydzień kopali dół w części B i sypali ziemię na część C. Dzień w dzień, przez cały tydzień. Robili z desek mini zbrojenia, żeby ziemia się nie zapadała i kopali. Postawili barierki dookoła, żeby żaden dzieciak nie wpadł. Wszystko w pełni legalnie. Jak się ich pytałem po co kopią, to mówili że takie dostali instrukcje i że mają po prostu kopać. Widziałem, że chłopaki czuli się z tym dziwnie, ale chyba im dobrze płacił, bo nie chcieli wnikać w temat. Jedyne co się o nich dowiedziałem, to że pochodzą z Ostrołęki.

Co weekend pojawiał się właściciel. Oczywiście był ubrany w swój strój. Podchodził do drzewa, przykładał słuchawkę do ucha i przez 52 sekundy słuchał. Wyglądało to tak, że niby odebrał telefon przez ta jabłonkę - no nonsens totalny. W każdym razie on to robił co tydzień. Potem odkładał telefon na jabłonkę, podchodził do robotników i dawał każdemu po kopercie. Zakładam, że po prostu im płacił. W następnym tygodniu chłopaki zabrali się za zakopywanie dołu w części B i zaczynali kopać w części C. Tym razem sypali ziemię na cześć D. Oczywiście w weekend przychodził właściciel w pelerynie i w masce, odebierał telefon z jabłonki, dawał im koperty i odchodził. W następny poniedziałek zaczęli zasypywać cześć C i kopać w części D. Taka sytuacja trwała przez całe lato i jesień. Po prostu czterech Polaków przez kilka miesięcy przekopywali mu działkę na każdy możliwy sposób a on przychodził raz na tydzień, odbierał telefon podłączony do jablonki z ceną i po minucie dawał im w kopercie kasę i instrukcje jak kopać w następnym tygodniu. W październiku właściciel przyszedł ostatni raz. Podszedł do jabłonki i odebrał telefon jak zwykle. Posłuchał, ale tym razem nie odłożył słuchawki. Wyrwał ją ze złością i dosłownie wybiegł z działki po drodze rzucając koperty na ziemię. W następnym tygodniu Polacy zasypali dół i wyrównali działkę. Więcej już ich nie spotkałem. Jabłonka została tam przez całą zimę.

Jeżeli się wam wydaje, że to było dziwactwo, to posłuchajcie co koleś odwalił w czwartym roku. Oczywiście wszystko stało się w nocy, więc nikt nie widział jak on to zorganizował. Przychodzę na działkę któregoś dnia rano, a tu u sąsiada na środku działki stoi jakiś taki antyczny, gigantyczny kielich - wysoki na około półtora metra. To była taka rzeźba czy jakiś taki antyczny zbiornik na wodę. Tu w UK można takie kupić w sklepach ogrodniczych. Ludzie stawiają sobie zazwyczaj w ogrodach przy domach. Nigdy wcześniej nie widziałem żeby ktoś postawił sobie coś takiego na działce i nigdy nie widziałem takiego dużego. W każdym razie on sobie to postawił. Dookoła kielicha całą działkę ktoś mu równo przekopał i wypielił. Po miesiącu zaczęły wszędzie wschodzić kwiaty. Od brzegu działki do kielicha była pozostawiona tylko jedna wąska ścieżka. Tak jak dwa lata wcześniej codziennie pojawiał się głuchoniemy i podlewał całą działkę przez dwie godziny. Właściciel pojawiał się raz na tydzień w weekend. Oczywiście zawsze był w swoim niezmiennym stroju przeciwdeszczowym i w masce. Podchodził ścieżką między kwiatami do kielicha i wyjmował z niego maskotkę - Kermita żabę. Wznosił Kermita do nieba przez 52 sekundy i potem brutalnie, niby ze złością wrzucał go do kielicha. Wyobrażacie to sobie? Koleś w masce gazowej, z półmetrową rurą wiszącą do pasa, w przeciwdeszczowym płaszczu i w gumiakach wznosi maskotkę Kermita do nieba przez minutę i potem odchodzi bez słowa ścieżką pośród kwiatów polnych. I to wszystko dzieje się w środku Londynu. I tak przez cały sezon aż do października.

Nauczeni doświadczeniem, że jego show zawsze się kończył w październiku jakimś grubym akcentem, wszyscy działkowcy zaczęli przychodzić na całe weekendy na działkę jesienią, żeby zobaczyć co się stanie. My z żoną nawet przynieśliśmy sobie krzesełka, żeby go obserwować. W ostatni weekend października koleś przyszedł, podniósł Kermita do nieba, ale go nie wrzucił z powrotem do kielicha. Posadził go na ścieżce kilka metrów od kielicha, a sam wyjął spod płaszcza młotek i zaczął napierdzielać nim kielich. Po jakichś trzech minutach rozwalił go w drobny mak. Potem schował młotek pod płaszcz, ukłonił się w pas w stronę miejsca gdzie stał kielich i spokojnie wyszedł z działki jakby nigdy nic. Oczywiście do marca następnego roku słuch po nim zaginął. Staliśmy wszyscy w milczeniu i patrzyliśmy na to z niedowierzaniem. Następnego dnia głuchoniemy też już się nie pojawił.

Pewnie zastanawiacie się dlaczego nigdy nikt go nie śledził, żeby zobaczyć gdzie on mieszka i jak się przemieszcza po Londynie w takim stroju. Przyznam szczerze, że próbowałem to zrobić, ale koleś dobrze się maskował. Po wyjściu z ogródków działkowych natychmiast wsiadał do czarnego Landrovera z kierowcą. Kierowca natychmiast odjeżdżał, a koleś zawsze wsiadał na tył z przyciemnionymi szybami. Nikt nigdy nie pojechał za nim. Dzisiaj żałuje. Powinienem kiedyś się przyczaić i wyśledzić dokąd jadą. W każdym razie niestety tego nie zrobiłem.

W kolejnym roku na środku działki sąsiada pojawiła się pusta klatka - taka metalowa, do przewożenia bydła. Na całej działce ktoś posadził dynie. Co weekend pojawiał się właściciel i wchodził do klatki na dokładnie 52 sekundy a potem odchodził. Podlewaniem zajmował się głuchoniemy i tak jak w poprzednich latach, nigdy nie udało nam się wyciągnąć od niego żadnej informacji. 31 października w Halloween ktoś przyszedł, zebrał wszystkie dynie z działki i zostawił po jednej u każdego z sąsiadów. Każda dynia była wypatroszona i w każdej był wycięty inny znak. Oczywiście w środku ktoś wsadził małe świeczki i zapalił je. W mojej dyni był wycięty kwadrat. U innego sąsiada kot. A u jeszcze innego ptak. Ogólnie u każdego było wycięte coś innego. Ktoś musiał się nieźle natrudzić żeby to ogarnąć i mieć niezły talent. Na serio było to zrobione profesjonalnie. Pozostałe dynie były wrzucone do klatki dla bydła i przeleżały tam całą zimę aż do wiosny następnego roku.

W kolejnym roku na działce pojawiło się czterech ochroniarzy, którzy stali w każdym rogu. Cały czas na baczność. Na całej działce ktoś posadził ziemniaki. Na środku ktoś wbił pal - wysoki na około 3 metry. Na palu zainstalowali linkę - taka do wciągania flagi. Ogólnie przez cały sezon nic się nie działo i spokojnie rosły ziemniaki pod czujnym okiem ochrony. Robota ochroniarzy zaczynała się o 6 rano i trwała do 22 czyli trwała 16 godzin. W międzyczasie o 12 i 18 następowała zmiana warty. Przychodziła nowa czwórka ochroniarzy, a stara czwórka wychodziła bez słowa. To samo o 18. I tak od marca do października. Właściciel pojawiał się klasycznie co weekend w swoim pełnym rynsztunku. Zaczepiał do linki flagę i wciągał ją na czubek. Czekał 52 sekundy i ściągał flagę. Potem składał ją do kieszeni i bez słowa wychodził. Ochroniarze w tym czasie salutowali. Flaga zawsze była taka sama - twarz jakiegoś Chińczyka na białym tle. Zrobiliśmy kilka zdjęć, ale nigdy nie udało się nam zidentyfikować co to za człowiek na tej fladze. Na pewno nie był to ktoś znany, bo byśmy poznali. Ogólnie przez cały sezon mieliśmy non stop tych ochroniarzy stojących w milczeniu u niego na działce. Przyznam, że czuliśmy się nieswojo, ale po jakimś czasie człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego. Zresztą po tylu latach, byliśmy już oswojeni z tymi dziwactwami.

W ostatni weekend października tego roku właściciel przyszedł ostatni raz. Wcześniej ktoś wykopał już wszystkie ziemniaki. Do dziś nie wiem co się z nimi stało. Właściciel tym razem nie wciągnął na maszt flagi, tylko wyjął kartkę i młotek spod płaszcza i przybił kartkę do pala. Potem schował młotek i po prostu wyszedł. Wygláda na to, że on ten młotek miał zawsze przy sobie. Wszyscy z sąsiadami chcieliśmy natychmiast podejść do kartki żeby przeczytać, co tam było napisane, ale baliśmy się bo wciąż zostali tam ochroniarze. Myśleliśmy, że zrobimy to w nocy jak sobie pójdą, ale od tego dnia na o 22 podchodzili do masztu i zrywali z niego kartkę. Potem chowali ją do małego pudełeczka zamykanego na kłódkę, które zostawiali pod masztem. Rano otwierali pudełeczko, wyjmowali kartkę, przybijali ją do masztu i pilnowali do 22 wieczorem. Potem znowu do pudełka na noc i tak przez całą zimę. Z tego co wiem właściciel nie pojawił się już aż do wiosny. Nikomu z nas nigdy nie udało się przeczytać co było napisane na tej kartce.

W marcu kolejnego roku oczywiście zmieniła się koncepcja. Przyszedłem na działkę i u sąsiada nie było ani masztu ani ochroniarzy. Potem ktoś całą działkę dokładnie zaorał i po kilku tygodniach okazało się, że znowu będzie robiony scenariusz z żytem, który już przerabialiśmy w pierwszym roku. Znowu pojawiał się co weekend i gładził żyto przez 52 sekundy a po kilku miesiącach ktoś je skosił i nakarmił nim ptaki.

W tym roku sąsiad się nie pojawił. Pytałem szefa stowarzyszenia działkowców czy coś wie, ale nie potrafił mi nic powiedzieć. W ostatnim tygodniu dowiedziałem się, że sąsiad-dziwak nie zapłacił za czynsz, więc obawiam się, że może zrezygnował. Wszyscy zachodzimy w głowę, o co chodzi. Może ktoś z was wie co się z nim stało? Jest bardzo charakterystyczny - chodzi zawsze w masce gazowej, płaszczu przeciwdeszczowym i czarnych gumiakach. Nie sposób go nie zauważyć. W Londynie mieszka wielu Polaków. Może ktoś go widział? Może ktoś wie co to za gość? Może ten tekst przeczyta ktoś z tej czwórki Polaków, co mu kilka lat temu przekopywali działkę przez ponad pół roku? Czy macie jakieś informacje o nim? Szczerze przyznam, że bez niego nasze działki nigdy nie będą już takie same. Po prostu wszystkim nam odeszła ochota na działkowanie jak jego zabrakło. Proszę o pomoc w odnalezieniu mojego sąsiada.

Tycu

Markqus
starszy szeregowy
Posty: 78
Rejestracja: 02 kwie 2018, 16:40

Re: Zaginął Działkowiec. Potrzebna pomoc!

Post autor: Markqus » 17 maja 2019, 14:54

To idiotyczne , TEGO SIE NIE DA CZYTAĆ.

ODPOWIEDZ